… to nie tylko żywcem wzięta do nieba legenda filmu, ale przede wszystkim uosobienie humoru, witalności i gigantycznej charyzmy. Taki facet, którego nie sposób nie lubić, nawet jeżeli czasami zdarzy mu się zrobić grubsze świństwo. Prawdziwy gwiazdor w starym stylu, kochany przez kobiety i akceptowany przez mężczyzn. Koneser życia nie tracący nigdy ani głowy, ani tym bardziej dobrego nastroju. “Mam pomysł na film. Jakiś facet jedzie z Marsylii, by odnaleźć swą narzeczoną. Po drodze zabija policjanta… a potem zobaczymy” – tłumaczył Jean Luc Godard mało znanemu, młodemu aktorowi francuskiemu, którego wymarzył sobie do głównej roli w swoim filmie-eksperymencie Do utraty tchu. Mimo że za scenariusz miały wystarczyć te słowa, a cała reszta fabuły była improwizowana na gorąco na planie, projekt udało się zrealizować. I chociaż sam fakt, że w ogóle zakończono zdjęcia należy uznać za sukces, to jednak chyba nikt nie przypuszczał, że ten skromny film stanie się prawdziwym manifestem francuskiej Nowej Fali, która zmieniła kino lat 60. Jednak nie byłoby ekranowego triumfu Do utraty tchu, gdyby nie główny bohater grany z pasją przez Belmondo.

Źródeł sukcesu Bebela – jak pieszczotliwie nazywają go Francuzi – nie należy upatrywać tylko w aktorskiej technice. Co to, to nie. Bo Belmondo to przede wszystkim charyzmatyczny człowiek, a dopiero potem aktor. To, że ludzie go pokochali, zawdzięcza przede wszystkim swojemu charakterowi. Jean-Paul nie udawał. Nie pozował na łowcę kobiet, tylko po prostu nim był.

Zanim Belmondo skończył trzydziestkę, napisał autobiografię “30 lat, 25 filmów”. Kiedy ją wydawał, był już prezesem związku aktorów francuskich. Nic dziwnego, że dzisiaj ma swoje hasło w każdej liczącej się encyklopedii. Kobiety to jego nałóg.

Tłumaczył, że “To kobiety po trzydziestce są najbardziej atrakcyjne, ale mężczyźni w tym wieku są zbyt starzy, żeby to zauważyć”.


chyba…
znalazłem…
IDOLA!!
:D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *